Chyba nigdy nie zrozumiem niektórych ludzi…

Godzina 1:30 (a jakże), kładę się spać, przed położeniem się do łóżka wyglądam przez okno, które wychodzi na podjazd i bramę osiedla bloków obok nas. Na podjeździe, przed zamkniętą bramą, stoi karetka pogotowia, a trzyosobowa załoga bezskutecznie próbuje się przebić przez furtkę, której strzeże domofon.

Po chwili przed bramę podjeżdża elegancki czarny samochód i zatrzymuje się na wysokości furtki za częściowo blokującą wjazd karetką. Ratownicy (a także pewnie lekarz, bo karetka ma S-kę z boku) z nadzieją odpuszczają stanowisko przy domofonie i patrząc na nowo przybyły samochód nieśmiało robią kilka kroków w stronę karetki. Niestety. Wygląda na to, że piękna limuzyna nie ma zamiaru wjeżdżać na teren osiedla, prawdopodobnie przywiozła tylko kogoś, komu na razie nie spieszy się do wysiadania.  A może tylko zatrzymała się na chwilę przed dalszą drogą i jej kierowca zapatrzył się na karetkę i bezskuteczną walkę z zamkniętą furtką. Nieszczęsna załoga postanawia ponowić szturm na blokującą im dostęp do potrzebującego pomocy bramkę. Po długim oczekiwaniu w końcu sukces. Furtka się otwiera, a oni, zostawiając samochód przed wyjazdem, szybkim krokiem udają się w stronę jednej z klatek.

Kilkanaście sekund później z zaparkowanego ciemnego samochodu wysiada kobieta i wykonując bardzo jednoznaczny gest wyciągnięcia przed siebie ręki otwiera bramę, która otwiera się na oścież. Kobieta dumnym krokiem mija dalej zaparkowaną na połowie podjazdu karetkę i idzie w głąb osiedla…