Cisza jak ta…

Przez ostatnie kilka tygodni było cały czas coś. Królewna, która jak śpi to śpi, ale jak nie śpi to tylko by jadła i brudziła pieluchy, albo oczywiście była noszona na rękach, starsze dzieci, które coś by cały czas chciały, pobawić się, pograć w grzybki, soczku, bułeczkę, trzymane za ręce robić fikołki, przytulić i moja Mama, którą trzeba było wozić na badania, do lekarzy, po recepty, szykować jedzenie (co dwie godziny coś małego). Oprócz tego dalsze rozpakowywanie, zaczął się sezon ogrodowy, więc trzeba coś ogarnąć na terenie, żeby się dzieci mogły bawić i sto tysięcy innych, ważnych, niecierpiących zwłoki rzeczy.

Dziś pierwszy samotny dzień. Znaczy tylko z Królewną, Mamę odwiozłam do domu, Mąż w pracy, dzieci w przedszkolu, na mnie czeka pranie, muszę wstawić kolejną zmywarkę, ogarnąć kuchnię, przejrzeć jakich ubrań na wiosnę brakuje mi dla dzieci, uczesać psa, odkurzyć, posadzić kupione wczoraj przez Mamę kwiatki i sama nie wiem co jeszcze.

A ja sobie siedzę. Na tarasie. Wiatr szumi, jakieś ptaszorki pośpiewują, dziecię wreszcie zasnęło. Jest pięknie.

Mała królewna

Dokładnie miesiąc temu, 11 kwietnia o 14:10 powitaliśmy na świecie nowego członka naszej rodziny, młodszą siostrzyczkę Małej i Miśka, Małą Królewnę.

Królewna jest na szczęście zdrowa, ładnie je i grzecznie śpi, ale rzeczywistość z noworodkiem w połączeniu z dwójką szalejących przedszkolaków i moją Mamą rekonwalescentką po resekcji żołądka, niestety nie pozostawia mi zbyt dużo czasu na inne, dodatkowe, zajęcia.

Umiesz liczyć, licz na siebie

Motto, które przez baaardzo długi czas miałam w opisie w dwuliterowym komunikatorze z żółtym słoneczkiem nadal jest aktualne.

Ze względu na problemy z nogą już od dosyć dawna nie jeździłam sama samochodem. Niestety okazało się, że na wczorajszą wizytę Mąż nie mógł mnie zawieźć. Po pierwsze ze względu na pracę, a po drugie wizyta była dość późno, daleko od nas i niebezpiecznie blisko czasu odbioru dzieci z przedszkola (jak się później okazało dobrze, że ze mną nie pojechał, bo wszystko się trochę przedłużyło, jeszcze po drodze był wypadek i ostatecznie wróciłam do domu ponad godzinę po zamknięciu przedszkola). Nieważne.

W poniedziałek rozmawiałam z koleżanką, bardzo bliską można powiedzieć. Litowała się nade mną, że sama z dziećmi tyle czasu, mówiła, że nie powinnam chodzić, że trzeba leżeć, odpoczywać, że Mąż powinien wszystko robić itd. Po czym nagle zaproponowała, że ona co prawda wróciła na część etatu do pracy po macierzyńskim, ale ogólnie sporo czasu jest w domu i jak by coś potrzeba, to ona po prostu weźmie małą i mnie zawiozą gdzie będzie trzeba, nie ma żadnego problemu, tylko mam dawać znać. To naprawdę żaden problem, przy okazji się spotkamy, pogadamy, ogólnie będzie super. Ucieszyłam się i mówię, że akurat w czwartek mam wizytę. Nie no jasne, nie ma sprawy, tylko co to za wizyta, u ginekologa? Ale to poradnia ginekologiczna? Nie, zwykły poz. A to nie, bo wiesz, żeby mała się z chorymi nie zetknęła i w ogóle. Powiedziałam, że oczywiście rozumiem, ale obok jest park, ogólnie mogą po prostu się przejść. No nie, jak zwykła przychodnia to nie pojadą, to może zobaczy jak jej mąż wraca z pracy, bo tak z dzieckiem jechać to nie bardzo. Zadzwoniła następnego dnia, że jednak mąż akurat nie wraca wcześniej, więc ona nie da rady mnie zawieźć i jednak powinnam kazać mojemu Mężowi ze sobą jechać.

Pojechałam sama i jak zwykle utwierdziłam się w przekonaniu jak wyżej. Umiem liczyć….

Rzeczywistość alternatywna

Wstaję rano, idę na długi spacer z psem, potem czas na prysznic, budzenie dzieci i spokojne przygotowanie ich do przedszkola, śniadanie, jakieś ogarnięcie domu, może pranie, rozpakowanie jakiś kolejnych poprzeprowadzkowych kartonów, przygotowanie zdrowego obiadu, chwila dla siebie, powrót dzieci z przedszkola, czas na kreatywne zabawy, potem kolacja, krótka kąpiel, bajeczka na dobranoc i znowu czas dla siebie, może jakaś książka, albo film. I koniecznie niezbyt późne pójście spać, żeby był czas na regenerację organizmu… A nie, czekaj, tak to miało być…

Pobudka na ostatnią chwilę, nerwowe szarpanie się z „a ja nie chcę wstawać, chory jestem mamusiu baaardzo, baaardzo i nie mogę dziś iść do przedszkola, będę się grzecznie bawić w domku caaaały dzień” i „zieby nie, zieby nie, nie nie” i ganianie ze szczoteczką za małą uciekinierką. Potem ubieranie, tego nie, tamto nie pasuje, a to ma za mało kwiatków i motylków, jest za mało różowe, albo walka o bluzkę z dinozaurem, mimo moich tłumaczeń, że rzeczy trzeba zmieniać i prać, a nie nosić aż się rozpadną. To wszystko pod warunkiem, że akurat potomstwo zdrowe, bo ostatnio z tym kiepsko. Pies bez spaceru, kolejny dzień wypuszczony na ogród (potem oczywiście trzeba latać ze szpadlem i zbierać „niespodzianki”). Sniadanie w nerwach, bo już późno, bo Mąż miał już być w pracy. Potem wszyscy idą, mam czas i…. śpię. Zasypiam w dowolnej pozycji, w ciągu kilkunastu sekund, jestem tak zmęczona, że nie jestem w stanie nad tym zapanować. Zdrowy obiad…. czyli głównie kanapki, bo nie bardzo mam ochotę coś jeść, albo jakieś gotowe danie jedzone razem z wyrzutami sumienia, że truję dziecko. I tak ze wszystkim. Na nic nie mam siły, na wszystko brakuje mi czasu, a już najbardziej odczuwam deficyt cierpliwości. Dzień za dniem mija, niby czekam czekam na poród, bo mi strasznie ciężko, ale wiem co będzie potem, że będzie jeszcze gorzej…

A w skrócie co u nas? Powoli żyjemy. Mała od listopada chodzi z Miśkiem do przedszkola, ogólnie jest nieźle, choć codziennie rano od nowa próbuje nas przekonać, że akurat dziś powinna zostać ze mną w domu. Przed świętami się przeprowadziliśmy, efekt jest taki, że od trzech miesięcy mieszkamy na kartonach, bo od przeprowadzki nie zrobiliśmy w nowym domu praktycznie nic. Nie mówiąc już o tym, że nie zabraliśmy wszystkich rzeczy, więc cały czas odkrywamy, że czegoś akurat potrzebnego nie ma, a poza tym dopóki nie oczyścimy wszystkiego to nie możemy zacząć tego mieszkania sprzedawać, żeby móc choć trochę spłacić kolejny kredyt. To co było ogarnięte i rozpakowane na święta to jest, reszty nie ma, bo ja nie mam siły, a Mąż czasu, od początku stycznia jest zaangażowany w projekt, który do końca marca muszą zrobić. Do terminu porodu zostało 17 dni (przynajmniej tak pokazuje moja telefonowa aplikacja), czekamy na siostrzyczkę dla Małej i Miśka. Jestem niespakowana, bo jakoś cały czas nie mam na to siły, a poza tym chyba staram się zaklinać rzeczywistość, no nie mogę teraz rodzić, bo nie mam gotowych toreb… Dzieci ostatnie dwa tygodnie przesiedziały chore w domu (choroba typu katar i kaszel, więc nie przytłumiła ich temperametu). A ogólnie hitem ostatnich kilku tygodni jest to, że mam w prawej stopie rozległy stan zapalny, który nie wiadomo skąd się wziął, do tego najprawdopodobniej zmęczeniowe złamanie kości śródstopia i ogólnie praktycznie nie mogę chodzić, poruszam się o dwóch kulach i mam zalecenie leżenia. Cóż… dzieci w domu, a Mąż od rana do później nocy w pracy, leżę ile się da…..

Awokado z majonezem o północy, czyli czemu nie ma mnie dla nikogo

Zupełnie niepotrzebnie cieszyłam się, że nasze przedszkole jest otwarte całe wakacje. Misiek tak często w nim bywał, że nam policzyli sam abonament… Albo choroba, albo rekonwalescencja po chorobie, albo no już prawie zdrowy, ale lepiej, żeby się z innymi dziećmi nie spotykał, więc niech posiedzi w domu i tak w kółko. A ja w tej ciąży czuję się tak fatalnie jak jeszcze w żadnej. Straszne wielogodzinne migreny, mdłości, zawroty głowy i wieczny głód, bo nic nie mogę przełknąć (jedynie właśnie ostatnio to awokado dało radę). I do tego dwa skaczące, żywiołowe zajączki na mojej głowie, bo Męża oczywiście nigdy nie ma. Nie chodzę nigdzie, no może poza placem zabaw, ale chodzimy w innych godzinach niż reszta, z nikim się nie spotykam, z rzadka rozmawiam z kimś przez telefon, głównie kontaktuję się zw światem przez wielodniowe smsowe wiadomości. Jedyny plus, że na razie nie miałam możliwości konfrontacji mojego wyglądu z kimkolwiek znajomym, więc nie było pytań o o mój dziwnie „najedzony” brzuch, a zdecydowaliśmy, że do wyników badan nikomu nie mówimy. Wie moja Mama, Jej dwie przyjaciółki, bo gaduła oczywiście musiała się pochwalić i jedna koleżanka, zresztą blogowa. Reszta się dowie jak odbierzemy wyniki Nifty, którą robiłam wczoraj, więc pewnie najwcześniej za dwa tygodnie. Poza tym jakoś biorąc pod uwagę wcześniejsze wypowiedzi części moich znajomych, o których zresztą kiedyś pisałam, jakoś nie do końca mam ochotę ich informować. Kiedyś pewnie i tak będzie trzeba, ciąża, a tym bardziej urodzone dziecko, raczej będzie na dłuższą metę ciężkie do ukrycia, ale na razie staram się nie zaprzątać sobie tym bolącej głowy.

Liczę, że może w którymś momencie będzie choć trochę łatwiej, bo zdecydowaliśmy, że Misia pójdzie do przedszkola razem z Miśkiem jeszcze w tym roku. Tak się akurat złożyło, że w najmłodszej grupie jest w ogóle mało dzieci, a spora ich część jest niewiele starsza od Misi, więc może da radę. Zwłaszcza, że mam już serdecznie dosyć codziennego wyjącego pod drzwiami Rejtana (jeśli Misia ma zostać podczas odwożenia Miśka w domu), albo małego wrzeszczka, który nie chce dać się zabrać z przedszkola (jeśli Misia jedzie ze mną odwieźć Miśka) i całodniowego chodzenia za mną przy mojej nogawce i powtarzania przekręconego imienia Miśka wraz z nieodłącznym, smutnym „nie ma”. Moje towarzystwo przestała uważać za atrakcyjne :-(.

Wszystko przed nami, na razie jak zwykle czekamy. Oczywiście jak często się zdarza ostatnio, znów czekam na koniec choroby Miśka i Jego pójście do przedszkola.

Takie tam

Pojawiło się zmęczenie. Choć oczywiście wcale, ale to wcale nie podejrzewam, że powodem mojej senności jest uprawianie czytelnictwa do drugiej w nocy i poranna pobudka o 4:50 zorganizowana przez mojego najukochańszego na świecie syneczka. No w każym razie spać mi się chce i już.

I apetytu nie mam. Niby głodna jestem, ale nie mam na nic ochoty. A jak cokolwiek w końcu zjem, to mam uczucie jakby mi kto balonik do brzucha wsadził :(.

Dzieci szaleją. Znaleźliśmy im zabawę w bieganie dookoła domu na działce. Jedno kółko, drugie, dziesiąte…. Mamusiu, a możemy jeszcze pobiegać? Jasne dziecko, że możecie, ile tylko macie sił w nogach. W drodze powrotnej do domu już już witałam się z gąską, ale moje dzielne zuchy nie uśpiły się w samochodzie. Jeszcze tylko mała kąpiel połączona z zalaniem połowy łazienki, kolacja, bajka (Mamo, tylko ta jedna. No mamo, ale jedna dla mnie, a druga dla Małej. – mały wymuszacz) i wreszcie już o 22:30 wszyscy w łóżkach.
Ciekawe o której jutro zarządzą pobudkę….

Jeszcze…

…nie mam mdłości
…nie chce mi się aż tak bardzo spać
…muszę posprzątać mieszkanie i skończyć rozpakowywanie toreb
…chcę spotkać się z koleżanką
…i dużo, dużo innych.
Zdążę wszystko?

Boli mnie brzuch, a Misia cały dzień skacze jak nakręcona. Kiedy mam odpocząć?

 

Ps.Dzisiejsza powtórkowa beta 1890.